"Opcja" na opcje
Poniedziałek, 23 Luty 2009 19:14
Na naszych oczach dokonuje się błyskawiczna edukacja społeczeństwa. Temat opcji walutowych jeszcze całkiem niedawno zupełnie obcy dla większości osób ­− nawet tych, którzy korzystają aktywnie z usług banków − jest teraz na językach u wszystkich. Pojawia się też coraz więcej koncepcji i propozycji na rozwiązanie powstałej sytuacji. Mnożą się szacunki skali ewentualnych strat, jakie mogą dotknąć polskie firmy. Zagraniczne źródła podają kwotę około 1 mld euro, dane Komisji Nadzoru Finansowego operują kwotą zbliżoną do 15 mld złotych, a niektóre publikacje szacują je nawet na 100 mld złotych. Spróbujmy wyodrębnić główne nurty dyskusji w tej w tej sprawie.


Pierwszy opiera się na intuicyjnym założeniu, że banki sprzedawały toksyczne instrumenty pochodne nieświadomym ryzyka firmom. Zgodnie z takim założeniem „złe” banki świadomie podłożyły firmom „minę”, po czym zdetonowały ją windując bez powodu kurs powyżej 4.00 zł. za euro. Tymczasem, ujmując to najprościej, firmy zawierały z bankami kontrakty na kupno złotówek za euro (opcja put) po kursie nie wyższym niż 3,50. Zamiast wynagrodzenia dla ich wystawcy (banku) w postaci premii płaconej przez firmę, zawierały również kontrakty na sprzedaż bankowi (opcja call) dwukrotnie wyższej kwoty euro, jaka przewidziana była w opcji put, po kursie wyznaczonym w tej opcji, jeśli wartość złotówki spadnie poniżej wyznaczonego w ramach tej opcji poziomu.

Teraz wszystko wydaje się dość dziwne i abstrakcyjne. Jak można było angażować się w transakcje tak ryzykowne i mało korzystne dla firm? Ale wtedy, kiedy zawierano te kontrakty, przy szybko rosnącej wartości złotówki, mogło to wydawać się zbawienne dla ich funkcjonowania. Nikt też chyba jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak dalece nasz rynek jest powiązany z tym, co działo się na świecie. W praktyce o kursie naszej waluty decydowała przede wszystkim zmiana trendu na rynku. Upadek banku Lehman Brothers w połowie września 2008 wygenerował falę „delewarowania”, czyli zmniejszania dźwigni finansowej stosowanej przez uczestników rynku. Rósł popyt na dolara, który stawał się niezbędny dla zamykania pozycji inwestycyjnych na amerykańskim rynku. Złoty, będący wcześniej jedną z najchętniej kupowanych walut, zaczął tracić na wartości.

Drugie bardziej realistyczne spojrzenie zauważa jednak, że nie bez winy są te firmy, które zbyt agresywnie „obstawiały” umocnienie złotego, lub też zawierały kontrakty świadomie w celach spekulacyjnych, w oderwaniu od ich faktycznych obrotów walutowych. Kiedy złotówka nabierała wartości, po kilku udanych transakcjach, firmy te „obstawiały” utrzymanie się tego trendu kwotami znacznie przewyższającymi ich faktycznie realizowane przepływy walutowe. Zaczęły de facto bardziej spekulować, niż zabezpieczać swe pozycje walutowe. Banki zawierające transakcje z takimi kontrahentami, również robiły to mało ostrożnie, gdyż nie analizowały ogólnego ryzyka ich wypłacalności. Teraz same znalazły się w kłopotach, bo kłopoty firm tracących płynność finansową stały się ich problemami.

Jest jednak wiele firm, które czują się przez banki oszukane. Jedne próbują na własną rękę renegocjować kontrakty i polubownie kończyć spory. Inne wybierają drogę sądową, licząc na to, że uda się podważyć roszczenia z zawartych kontraktów. Mają wsparcie organizacji gospodarczych. Oczekują też na pomoc ze strony władz państwowych. Panuje jednak opinia, że ta droga też nie jest prosta. Może prowadzić to bowiem do uwikłania się w długotrwałe i kosztowne sądowe procedury i procesy, w których po obu stronach pojawiać się będą całe ekipy prawników i ekspertów. A w sumie nie przyniesie to poprawy już i tak nie najlepszego obrazu naszego rynku, z powodu całego przebiegu tej naszej, swoistej „bańki opcyjnej”.

Wszyscy myślą jak z tego wybrnąć? Wydaje się, że tak jak się to robi na świecie, przy wszystkich trudnych do rozwikłania sporach, rozwiązania należałoby szukać na drodze profesjonalnych negocjacji, z udziałem neutralnej „trzeciej” strony. Taką funkcję mogłyby pełnić międzynarodowe firmy doradcze obecne na polskim rynku, działające na zlecenie władz państwowych. Pomoc państwowa tego rodzaju wydaje się najbardziej adekwatna do zaistniałej sytuacji. Umożliwiłaby przede wszystkim przeniesienie problemu na płaszczyznę merytoryczną. Firmy te, które są akceptowane przez banki jako audytorzy, mając dostęp do dokumentów i umów, dysponując wiedzą z dziedziny prawa i finansów oraz doświadczeniem w rozwiązywaniu podobnych konfliktów, mogłyby przy negocjacyjnym stole ułatwiać godzenie interesów oraz „zachowanie twarzy” obydwu stron.

Błażej Wajszczuk

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."