Gdy premier ogłosił możliwość dokonania interwencji walutowej, przy poziomie kursu eur/pln około 5.00, podniósł się głos, że jest to zaproszenie do spekulacji i jest to działanie mocno szkodliwe. Słychać było wiele wypowiedzi w jednym tonie, a mianowicie, że żadna interwencja nie ma sensu, gdyż kapitały spekulacyjne są na tyle duże, że kupno złotówki przez NBP czy Ministerstwo Finansów nie zmieni trendu osłabiania polskiej waluty, a tylko pozbawi nasz kraj rezerw. Proszę spojrzeć jednak na to z drugiej strony, a mianowicie tradera z banku londyńskiego, spekulującego na rynkach „Emerging markets”, do których Polska jest ciągle zaliczana.
Po kolosalnych stratach ostatnich miesięcy, gdy całe zespoły bankierów inwestycyjnych potraciły pracę, a organy nadzorcze ograniczyły możliwości angażowania kapitałów do spekulacji, zwłaszcza na rynkach wschodzących (ze względu na wzrost ryzyka), organy Państwa, jakimi są bank centralny czy rząd, posiadają taką siłę, której w obecnej chwili nie można lekceważyć i gra przeciw nim na rynku walutowym, może oznaczać ogromne straty. Obecnie nie każdy może już sobie na nie pozwolić. Oczywiście to prawda, że jeden duży bank może wpłynąć na kurs, lecz przy tak płytkim rynku nie wymaga to zaangażowania wielkich środków. Gdy więc do gry włącza się rząd, może on spowodować nie eskalację, lecz ograniczenie spekulacji. To, czego nie powinno się robić – moim zdaniem – to właśnie to, co zrobił NBP, który zapowiedział, że interwencji nie przewiduje. Właśnie takie zapewnienia należy traktować jako zaproszenie do dalszej gry na walutach. Interwencje chociażby niewielkie, mogą (choć oczywiście nie muszą) ograniczyć apetyt na ryzyko. Wydaje mi się (choć jest to tylko moja osobista opinia), że krótkie „pozycje” na polskiej walucie będą stopniowo redukowane. (co np. zapowiedział już Goldman Sachs).Tak więc na krótką metę widziałbym pewne umocnienie walut regionu, w tym także polskiej.
Jednak w dłuższej perspektywie, sytuacja przedstawia się nieco inaczej. Zapowiedzi rządu dotyczące rychłego wstąpienia do ERM2 wydają się bowiem niemożliwe do realizacji. Przede wszystkim - jak wskazuje opublikowany przez NBP "Raport nt. pełnego uczestnictwa RP w trzecim etapie UGiW" - Polska nie spełniała na koniec 2008r. kilku z wymaganych kryteriów z Maastricht[1]: kryterium stabilności cen, kursu walutowego i konwergencji prawnej, i nie jest raczej prawdopodobne, aby organy Unii Europejskiej wyraziły zgodę na wstąpienie Polski przy tych parametrach. Raport na ten temat zostanie opublikowany przez ECB w ciągu kilku miesięcy. Ponadto przy tak dużych wahaniach złotówki, utrzymanie jej w korytarzu piętnastoprocentowym (jest to przedział dopuszczalny, choć może być węższy) przez okres przejściowy aż do wstąpienia do strefy EURO, (warunek konieczny), wydaje się mocno ryzykowne. Nastąpi więc, jak sądzę, znaczne opóźnienie wstąpienia do ERM2, co może spowodować kolejną falę osłabienia złotówki. Gdyby jednak wejście do „przedsionka” strefy miało nastąpić rzeczywiście w ciągu najbliższych miesięcy, byłoby to mocnym sygnałem do spekulacji, lecz na umocnienie polskiej waluty. Paweł Mielnicki
|